poniedziałek, 1 listopada 2010

Anioły


Jakoś dobrze komponują się z tematem spraw ostatecznych, prawda? Przyciągają wzrok do pomników nagrobnych, czuwają nad mogiłami, szczególnie często powoływane na strażników maleńkich grobów, tych "niesprawiedliwych", najtrudniejszych do oswojenia.

Dziś Anioł Śmierci z cmentarza na Rossie. I jeszcze wiersz Puszkina.

Światłością lśniąc, u wrót edemu
Stał z głową opuszczoną Anioł,
A buntowniczy, mroczny demon
Krążył nad piekła złą otchłanią.

Duch zaprzeczenia, duch bluźnierczy
Spoglądał na czystego ducha
I słodkim żarem po raz pierwszy
Miłośnie drgnęła istność głucha.

Nienadaremnie, rzekł, zaznałem
Blasku, co spłynął mi od ciebie:
Nie wszystkim w świecie pogardzałem,
Nie wszystkom nienawidził w niebie.

czwartek, 28 października 2010

I coś ty zrobiła...

Czy znacie kogoś, kto przy każdej okazji używa uniwersalnej odpowiedzi, charakterystycznego zwrotu, który ma pasować do każdej sytuacji? Podam przykład: sąsiadka przychodzi do mojej mamy wymienić się "newsami" o lokalnym lub światowym zasięgu. Prócz wygłoszenia swoich, lubi wysłuchać drugiej strony. A druga strona niezmiennie słyszy potem zdanie: "tyś jest głupia!".
Dodam, że pani sąsiadka absolutnie nie deprecjonuje zalet umysłowych mej rodzicielki. Wyraża po prostu zadziwienie, a czasem wstrząs, przyjmując całą sobą wiadomości o postępowaniu ordynatora szpitala czy o cenach bananów w pobliskim sklepie.
Ja mam natomiast kolegę, który wciąż powtarza zdanie : "i coś ty zrobił(a)?". Na początku bardzo mnie to stresowało, bo łatwo mi wmówić odpowiedzialność za rzeczy niezależne ode mnie, lecz szybko uzmysłowiłam sobie, że nie moją są winą ceny benzyny, trudne egzaminy na studiach i że to nie ja opróżniłam jego lodówkę u progu niedzieli.
To było kilka lat temu, teraz już sobie radzę. Nieliczne są sytuacje, kiedy Tomek utrafia w miarę logicznie ze swoją odzywką. Do takich należał na pewno przyspieszony kurs higieny, który musiała przejść jego jamniczka Mela w okresie szczenięcym. "I coś ty zrobiła?!" - słyszeliśmy wtedy z sąsiedniego pokoju podczas wizyty u Tomka, no i miało to jakiś sens, choć Mela nigdy nie odpowiedziała na tak postawione pytanie, a i gołym okiem było widać, co zrobiła na panelach sypialni.
Mną najbardziej wstrząsnęło, kiedy Tomek zadał mi swe pytanie tuż po ogłoszeniu wyników pierwszych wyborów, w jakich wzięliśmy udział jako pełnoletni obywatele. Ale poczułam też, że naprawdę przyszłość mego kraju leży w moich rękach! :)

środa, 13 października 2010

Wymagania

Przyszła do mnie wczoraj nastoletnia córka mojej profesorki z podstawówki, jedna z pierwszych czytelniczek "Innych". Lubię ją bardzo i wdzięczna jestem za okazaną pomoc - jako konsultant okazała się nieoceniona!
No i przyszła na herbatkę. Towarzyszył jej młodzian, na którego spoglądała wzrokiem bardzo wymownym, a wzrok wyrażał mniej więcej to: "no, przyszłam dziś tutaj, by choć przez chwilę rozkosz obcowania z Michasiem stała się i twym udziałem. On jest taki cudowny, a ja ciebie lubię, więc przyszłam."
Spoglądam zatem na Michasia i moje pierwsze wrażenie zaczyna się pogłębiać: przede wszystkim M. traktuje swoją ukochaną(?) jak powietrze. Skupia się wyraźnie na tym, by okazać mi, że należy do tej samej kategorii wiekowo-doświadczeniowej, co ja - ma w końcu osiemnastkę, a ta laska obok niego ledwo wydobyła się z szesnastki. Michaś okazuje mi swą dorosłość okraszając swe niezbyt lotne wypowiedzi słowem "kurwa" w co drugim zdaniu. A ja bardzo nie lubię, kiedy ktoś mówi to słowo, zwłaszcza podszczypując brudnymi paluchami frędzelki mojej irańskiej narzuty na sofę.
Tak sobie patrzę i nie wierzę własnym oczom: ona naprawdę się w nim zakochała, bo ani jego pogardliwy do niej stosunek, ani ewidentne chamstwo okazywane podczas wizyty u nieznajomej mu wcześniej kobiety zdają się jej nie przeszkadzać...
Lubię ją na tyle, że usiłuję wydobyć z Michasia jakąś cnotę. Zapytuję więc, co go interesuje choć wydaje mi się, że ubrany od stóp do głów w przybrudzoną skórę Michaś raczej nie odpowie, że jest pianistą, programistą lub obiecującym ekonomistą. No i faktycznie: M. miał szansę opowiedzieć mi zajmująco choćby o swoim ulubionym zespole lub skuterze, ale zamiast tego wzruszył tylko ramionami, sięgając do kieszeni spodni po zmiętą paczkę fajek. Zmroziłam go wzrokiem, ale rychło przekonałam się, że zmrażać wzrokiem to ja mogę wrażliwych dżentelmenów, a nie tego "kurwa-troglodytę". Michaś umieścił papierosa w dziobie, więc powiedziałam mu, że tu się nie pali. Mój gość po raz kolejny wzruszył ramionami.
Odpłynęłam na chwilę myślami przypominając sobie, jak odwiedziła mnie w zeszłym tygodniu moja młoda sąsiadka, której historię opisywałam niedawno. Otrzymałam wtedy od jej męża orchideę, zostałam nazwana ich "dobrym duchem" i zasypana opowieściami o wspólnym szczęściu, które to entuzjastyczne wyznania żony przystojny wybranek (odziany w elegancką choć niezobowiązującą marynarkę) hamował dyskretnie, całując jej dłoń.
Z zamyślenia wytrącił mnie głos Michasia oznajmujący, że on "już, kurwa, musi iść". Wzruszyłam więc ramionami, a oni poszli.

Smutno mi niewypowiedzianie, bo wiem, że Michaś nie jest jedynym bęcwałem profanującym piękno swego imienia oraz naiwną ufność młodego dziewczęcia. Ale tak to już jest, że po świecie chodzi dużo bęcwałów i trudno oskarżać przyrodę, że toleruje taki stan rzeczy.
Tym, co mnie dziwi jest postawa owych dziewcząt. Mówi się, że miłość jest ślepa. A ja Wam powiem, wczuwając się w styl Michasia, że gówno prawda: nie ma nic jaśniej widzącego niż miłość. I jeśli widzę, że mój ukochany to leń, brudas i cham, to im bardziej go kocham, tym prędzej uświadomię mu jego nędzę i nalegać będę na zmiany. A zanim owe nastąpią, niech mnie nie trzyma nawet za rękę i niech nie dotyka orientalnej narzuty moich przyjaciół. A kiedy już będzie kimś w rodzaju Stasia Tarkowskiego, chętnie padnę mu w ramiona.
Powiecie, że to niemożliwe i że na uczucie nie ma mocnych. Też się nie zgodzę. Kiedy byłam w szkole, uznałam, że trudno mi żywić miłość do kogoś, kto nie może sam o sobie decydować, boi się pani z matematyki, a namiętność potrafi okazać grając w Doom 2. Poczekałam więc cierpliwie i znalazłam kogoś o szerszych horyzontach emocjonalnych i umysłowych.

Powiecie może, że nie można mieć za dużych wymagań? To już jest jeden z najniebezpieczniejszych mitów! Trzeba wymagać STRASZNIE DUŻO, od siebie i od innych. "Nawet jeśli inni od was nie wymagają", jak to powiedział ktoś mądry, oczywiście wiecie, kto.

Pozdrawiam i życzę trafnych wyborów!

poniedziałek, 4 października 2010

Najlepsi!

Się zdenerwowałam. Oto w szanującym się (?) tygodniku napisano, że pan X, twórca prezentowanego tam felietonu, jest autorem "najlepszego polskiego kryminału". Koniec opisu. Zapytują więc: najlepszego według kogo lub czego? Wyroczni delfickiej, wszystkowiedzącej Wiedźmy Pleple czy może innego "ałtorytetu"? Tego bowiem nie dopisano, a przyzwoitość i uczciwość nakazywałyby wyjaśnić, że szacowne grono czterech krytyków literackich lub pięciu psiapsiółek spotkało się przy kawie i uradziło, że książka jest najlepsza, a nie wpychać mi tu, jak jakiejś niesamodzielnej umysłowo idiotce, gotowego debeściaka. Nawet gwiazdy, co ze sobą tańczą są typowane przez esemesy na oczach milionów albo miażdżone przez taką temperamentną brunetkę z jury. I każdy wie, że tam "najlepsi" znaczy wybrani przez znane z gęby towarzystwo tudzież hojne esemesowanie określonego procentu widzów.
Bardzo mię to wnerwiło! Oczywiście, zajrzawszy do internetu znalazłam kryteria owej najlepszejszości i dziwię się, czemu poskąpiono ich w stopce dotyczącej autora.

A może zacznę się podpisywać "Ewcia, autorka najlepszej powieści dla młodzieży"? :) Co Wy na to?
Nie, jestem jednak zbyt uczciwa. Najpierw zagłosujcie. Jeśli zbiorę 10 głosów poparcia, to zmienię podpis :) Wystarczy, nie?

Pozdrawiam!

poniedziałek, 27 września 2010

Inni


Nie jest łatwo...
Pracuję ciężko nad drugą częścią i muszę się Wam zwierzyć, że chyba jestem już na etapie, w którym pisanie to ciężka praca, a nie tylko świetna zabawa, znam już jego ciemne strony. Czyżbym tak szybko awansowała w trudnym fachu pisarza?
Widzę teraz, jak trudno ogarnąć historię, która już przecież ISTNIEJE. Ja jej przecież nie wymyślam, na Jowisza! Muszę "tylko" umieścić to wszystko w mym laptopie. Jest jednak sporo przeszkód. Przede wszystkim Karolina. Kiedyś myślałam, że to tylko taka figura retoryczna kiedy ktoś mówi, że jego bohater robi, co chce. Teraz wiem, że zwrot jest boleśnie dosłowny. Wierzcie lub nie, ale ona mnie coraz częściej po prostu denerwuje!
Ech, tracę zapał i chęć :(
Podsyćcie jakoś moją wolę walki, proszę.

A różyczka fajna? Katowicka, z rabatki na placyku. Akty fotografomanii polepszają mi trochę humor...

piątek, 17 września 2010

Ucieczka!

Słuchajcie, co za historia! Oto w moim bezpośrednim sąsiedztwie mieszka sobie pewna dziewczyna, bardzo ładna - buzia obsypana jasnymi loczkami, usta w kształcie serduszka. I ta dziewczyna (imię pominę, gdyż historia, dość gorąca, jest sensacyjnym newsem w naszej okolicy)zakochała się. Nie jest to czyn oryginalny, zgadzam się, jednak ona, zakochawszy się sześć lat temu (a stuknęła jej wtedy trzynastka) wytrwała w owym uczuciu do września tego roku i nic nie zapowiada zmian. Wybranek jej nigdy nie był lubiany przez rodziców (ach, jakie to klasyczne!) - starszy o całe sześć lat mechanik samochodowy - oto definicja złej partii według rodziców dziewczęcia (prawnicy, obydwa samochody konsekwentnie naprawiali w innym warsztacie niż "zięciowy", prowadzony przez jego tatę). Kiedy młodzi się poznali, chłopak miał lat dziewiętnaście, zarabiał pieniądze pracując u ojca i deklarował, że zawód mechanika to jest to. Jednak nie chciał, żeby dziewczyna musiała się kiedyś za niego wstydzić (tak mi to wtedy opowiadała sama oblubienica), więc zdał na politechnikę, którą ukończył w ubiegłym roku z wyróżnieniem, zyskując dodatkowy zawód i zarobek (informatyka). Nie nawróciło to jednak "teściów", którzy nadal nieprzychylni byli związkowi. No i nadszedł czas kary! Oto w ubiegłym tygodniu młodzi zbiegli z Katowic i zawarli ślub w nieodległych Piekarach Śląskich. Wstrząśnięci prawnicy po raz pierwszy odwiedzili warsztat ojca chłopaka, a to w celu zrobienia awantury, jak głosi plotka. Jednak świeżo upieczony teść nie podzielał ich oburzenia, a nawet przyznał się, że uczestniczył w ceremonii. Zapewnił ich ponoć, że na synu nigdy się nie zawiódł, wierzy w jego rozsądek i osobiście nie dziwi się, że dopuścił się raptus puellae (choć może wyraził się inaczej). W każdym razie uznał, że na ten ślub to się zanosiło od ładnych paru lat, co średnio rozgarnięty człowiek, nie mówiąc o wykształconym, był w stanie zauważyć. Opinię pana mechanika poparł, ku rozpaczy rodziców dziewczęcia, miejscowy proboszcz.
Fajnie, co? Zupełnie nie wiem, o co tym prawnikom chodzi. Chłopak jest super - dżentelmen w każdym calu, przynosił mi bułki, kiedy miałam nogę w gipsie dwa lata temu, poza tym podejrzewam, że za 20 lat będzie wyglądał jak Sean Bean, co jest wielką zaletą u mężczyzny. Domyślam się, że od chwili zakochania oszczędzał na wspólne gniazdko i już przenosi żonę przez próg przytulnej kawalerki. No i oni go przez sześć lat nie chcieli! A moja młoda sąsiadka przez sześć lat chciała go coraz bardziej.
Fantastycznie! :)

poniedziałek, 13 września 2010

Thorgal


Znacie takiego pana? Komiksowego, dodajmy?
Thorgal ma dwóch tatusiów (bardzo nowocześnie, nieprawdaż?): Grzegorza Rosińskiego i Jeana van Hamme, przy czym to ten pierwszy nadał mu niepowtarzalnie przystojny wygląd. Kochałam się w nim (Thorgalu, nie Grzegorzu) przez całe dzieciństwo i potem też trochę.
Szczerze żałuję, że nie jest to powieść, bo można by się wtedy nurzać w niej dłużej niż w komiksie. Ale z drugiej strony wdzięczna jestem autorom za tak pięknie sportretowanych bohaterów.
Nigdy nie byłam szczególnie oddaną fanką komiksu, ale seria o Thorgalu całkowicie zdobyła me serce. Dziś przyznaję jej wysoką notę na liście jesiennych pocieszaczy.
Chyba nie będę opisywać więcej. Wiem po prostu z doświadczenia, że czasem przez przypadek usłyszymy, że coś warte jest uwagi i potem błogosławimy chwilę, w której małżowinę naszą uszną wypełniła taka zbłąkana recenzja.
Zatem polecam!
I czekam na komentarze.

No i, oczywiście, piszcie (zwłaszcza o książkach) bez specjalnego zaproszenia.

Pozdrawiam Was serdecznie!